W Etiopii jestem już od półtora miesiąca. Przez ten okres zdążyłam już dwa razy zachorować, poznać cudownych ludzi i zobaczyć piękne widoki. Wiele razy się wzruszyłam, byłam zmęczona, szczęśliwa i towarzyszyło mi wiele innych emocji, których nie jestem w stanie opisać.
Nasza placówka znajduję się w 100-tysięcznym mieście Dilla. Od stolicy trzeba było jechać 7 godzin, żeby znaleźć się w naszym mieście. Już wtedy miałam pierwszą okazję, żeby zobaczyć jak to, do czego jestem przyzwyczajona w Polsce i Europie różni się od tego, co mogłam zobaczyć za oknem auta w Etiopii. Jest ona zupełnie inna. Widać dużą biedę, nieład, brud, ale przy tym wszystko jest bardzo malownicze, barwne i ciekawe.
W naszej placówce bardzo dużo się dzieje. Siostry prowadzą dwa przedszkola college, klinikę oraz program adopcji na odległość. Rozdawana jest również faffa (mąka z dodatkiem witamin i minerałów) dla najbardziej niedożywionych ludzi w okolicy. W naszej wspólnocie są cztery siostry. Liczba wolontariuszy co chwilę się zmienia, ale wydaje mi się, że nieważne ile by ich było, to i tak znalazło by się dla każdego zajęcie. Jest tu bardzo duży problem z edukacją, gdyż w Etiopii jest jeden z najwyższych wskaźników analfabetyzmu na świecie. Klasy liczą od 70 do 80 uczniów, a nauczycielki są tylko dwie. Mimo tego że uczę dzieci, które mają 10 lat, nikogo nie dziwi fakt, że nie znają liter ani cyfr. Bardzo wiele dzieci do szkół w ogóle nie chodzi - są one płatne i rodziców na to po prostu nie stać.
Problemem jest również to, że placówki edukacyjne znajdują się daleko od ich miejsca zamieszkania. Dzieci, które spotykam w oratorium czy feeding center (miejsce, prowadzone przez księży salezjanów, gdzie 6 razy w tygodniu rozdawany jest ciepły posiłek - dla wielu jedyny posiłek w ciągu dnia) są głodne, brudne, a ich ubranka są całe podziurawione. Przy tym wszystkim te dzieci wydają się naprawdę szczęśliwe, bo nigdy nie widziałam, żeby w Polsce dziecko było tak zadowolone jeśli poświęci mu się chwilę czasu lub da cukierka.
Moje obowiązki na placówce przez te półtora miesiąca ulegają ciągłym zmianom. Od poniedziałku do piątku pomagam głównie w przedszkolu, ogrodzie oraz przy programie adopcji na odległość. Popołudniami uczę dzieci i jedną studentkę angielskiego oraz matematyki. W sobotę rozdajemy faffe, czasem odwiedzamy ludzi w ich domach, żeby zobaczyć w jakich warunkach żyją, a po południu pomagamy w feeding center. Do tego miejsca przychodzi około 400 dzieci.
W naszej Gdyni pomagałam czasem rozdawać jedzenie bezdomnym. Przez dwa lata nie widziałam tak głodnego bezdomnego jak tutaj 400 dzieci na raz. Potem sprzątamy nasz dom i mamy czas wolny. Z kolei w niedziele, po pięknej i uroczystej Mszy Świętej, pomagam w oratorium - tam spędzamy czas z najbiedniejszymi dziećmi. Chwilę się bawimy i uczymy. Przychodzi tam wiele dzieci, które nie chodzą do szkoły, a te 1,5 godzinne zajęcia są jedyną ich okazją do nauki w ciągu tygodnia. W domu bardzo często nie ma ich kto uczyć, ponieważ rodzice też nie potrafią pisać ani liczyć.
Jestem tutaj krótko, ale od razu zauważyłam, że Etiopczycy są dumni ze swojego kraju i bardzo ciepło się o nim wypowiadają. W placówkach szkolnych na apelu przed zajęciami puszczany jest hymn narodowy i wszyscy ludzie, nawet ci przechodzący obok, stają nieruchomo w miejscu na czas jego odśpiewania. Dzieci są cudowne - wszystkie chciałoby się przytulać. Ludzie, jeśli bliżej się ich pozna, są bardzo ciepli, często żartują i bardzo lubią mnie uczyć amarik (jeden z pieciu urzędowych języków w Etiopii, używany w Dilla).
Bardzo się cieszę, że tutaj jestem. Miłość od dzieci jaką tu dostaję jest nie do opisania. Wiem, że nigdzie nie byłabym szczęśliwsza przez te najbliższe pół roku jak w Dilla, ale powoli już tęsknie za naszą Dąbrową, a w szczególności za Mszą Świętą odprawianą w języku polskim. Do zobaczenia w maju :)